Zwierzenia patronki

Pamiętniki Marii „Majki” Krassowskiej (krótsza wersja)
Placyk a rogu Nowowiejskiej i alei Niepodległości, szerszy wówczas niż obecnie, przylegał bezpośrednio do budynku koszar. Między ulicami Sędziowską i Suchą (tam gdzie teraz znajduje się szkoła), był niemiecki parking samochodowy patrolowany przez wartownika z rozpylaczem w ręku, a od ulicy ogrodzony zasiekami z drutu; z tej odległości w mroku pomnik nie był widoczny.

W czasie akcji zdarzyło się parę momentów silnej emocji. Po pierwsze, gdy już we dwie z Inką stałyśmy na wyższej płycie pomnika tuż przy posągu, przez placyk od tyłu przeszło dwóch niemieckich żołnierzy; nie zwrócili jednak na nas uwagi. Po drugie okazało się, że stojący za nogami sapera plecak, który miał być pierwszym stopniem we „wspinaczce” wykonany był z blachy i zabrzęczał przeraźliwie, gdy postawiłam na nim nogę. Po trzecie, gdy już wdrapałam się na górę i Inka z dołu podała mi rulon, na przystanek tuż przed pomnikiem zajechał oświetlony tramwaj, z którego wysypali się ludzie. Zarzuciłam sznurek na szyję posągu tak, że plakat wisiał mu na piersiach. Dotąd pamiętam moje zdumienie, że głowa posągu jest tak wielka.

Gdy dostałyśmy znak, że pierwsza część zadania została wykonana, pozostałe uczestniczki akcji w ciągu paru minut zasłały płytę kwiatami, a w trawnik otaczający pomnik od tyłu potykały setki małych biało – czerwonych chorągiewek. Na tę część akcji przewidziałam nieco za mało czasu – pęki chorągiewek miejscami rzucano. Nazajutrz rano przygodni przechodnie poprawiali robotę wtykając drewienka w ziemię.

Rano obserwowałam punkt od godziny dziewiątej. Słyszałam taką rozmowę dwóch handlarek jadących tramwajem: „A co tam stało napisane?” – „No niby, że nie wolno go ruszyć.”

Zakończenie znam z relacji innych harcerek. O ile sama akcja wykonana została „gołymi rękami”, to jej likwidacja odbyła się z pełnym fasonem. Około godziny dziesiątej pod pomnik zajechały motocykle (zdaje się, że dwa) z uzbrojonymi po zęby żandarmami. Dwóch jako ubezpieczenie stanęło z rozpylaczami skierowanymi w stronę ulicy, pozostali zdjęli plakat, pozbierali kwiaty, wieńce i chorągiewki i ułożywszy wielki stos – spalili na miejscu/

W akcji „Saper” brała także udział Maja Krasssowska, zastępowa 16 WŻDH Leśnej. Maja miała lat piętnaście, z zapałem pływała i grała w siatkówkę. Z równym zapałem nawiązywała liczne przyjaźnie z innymi dziewczętami, a także z chłopcami. W życie tej pełnej temperamentu, czasem skłóconej z otoczeniem dziewczynki weszło pewnego dnia harcerstwo. Przeżywała je z entuzjazmem czemu dawał wyraz w swoim pamiętniku pisanym w formie listów o bliskiej osoby. Pamiętnik Mai zachował się. Ona sama zginęła w pierwszym dniu Powstania, pełniąc służbę sanitariuszki.

A oto wyjątki z pamiętnika Mai, pisanego w czasie okupacji/

Zwierzenia

Maria Krassowska „Majka”

Zastępowa 16 WŻDH Leśnej

Hufiec Ochota

[1943 rok] 2 lipiec (piątek)

[…] Czeka nas obecnie wielka radość!!! (nas, tzn. „nas” wszystkie) [harcerki z Szesnastki] od 10 do 24 br ma być urządzony obóz! Oszaleję z radości! Prawdziwy obóz! (będzie się nazywało, że to będą kolonie R.G.O.). Oczywiście jadę, Anita też! Będzie cudnie! Cudnie! Cudnie! Żeby tylko była woda… Wcale, a wcale nie żałuję, że wyjadę na te dwa tygodnie z Komorowa. […]

5 lipiec (poniedziałek)

[…] Ale napiszę Ci teraz wszystko co wiem o wyjeździe. Więc będzie nas wszystkich około trzydzieści (ale nas „nas” tylko pięć z Inką, może zresztą pojedzie jeszcze parę z tego nowego [zastępu] nie wiem). Zosia biedaczka leży w szpitalu… Są obawy, że ma gruźlicę, o Boże, daj jej zdrowie… To okropne

Będziemy mieszkały w wiejskiej chacie i w ogóle będzie cudownie!!! Anuszkę zbujałyśmy, że jedziemy do jakieś ciotki, Ewie w ogóle nic nie mówię. Mam w tym tygodniu dosłownie urwanie głowy! […] Muszę załatwić dwie krawcowe, bibliotekę, muszę kupić mnóstwo rozmaitych rzeczy wszystko przygotować, bo w czwartek zbieramy się u Izy już z gotowymi, zapakowanymi rzeczami. Pamiętnik naturalnie biorę, więc będziesz miała o wszystkim dokładne relacje. Na razie Pa

Maja

Cieszę się, wariuję, szaleję!!

P.S. Czy wiesz, że podobno gen. Sikorski nie żyje. To byłoby straszne… Ale wierzę, że to tylko niemiecka propaganda, że t nieprawda

Maja

6 lipiec (wtorek)

Gen. Sikorski nie żyje… O Boże, co teraz będzie, kto zdoła godnie zająć jego miejsce… Kto weźmie w ręce ster całego państwa i pokieruje pomyślnie losami Polski, która tak tego potrzebuje w tej chwili… Och, żeby wszystko było dobrze… […]

8 lipiec (czwartek)

Pamiętnik zapakowany już w walizce. A walizka odwieziona do Warszawy, do Inki, więc muszę pisać na takiej kartce, którą potem wkleję. Wyobraź sobie, że jedziemy dopiero we wtorek. Jasny gwint! Tak się już cieszyłam na tę sobotę. Szkoda. Było dziś u Izy istne urwanie głowy, wszystkie znosiły swoje rzeczy. Ze trzydzieści waliz! Zamęt, bałagan! Będzie cudnie. Podobno jest tam masa band, dywersanci, komuniści, żydzi, niemca ani na lekarstwo. Zresztą ciągłe napady rabunkowe, coś okropnego. Strasznie się cieszę z tego powodu właśnie. Być może, że to b. Głupie z mojej strony, ale marzę po prostu, żeby koniecznie coś zaszło, żeby te trzy tygodnie (ach, bo zapomniałam Ci powiedzieć, ze jedziemy na trzy tygodnie) nie przeszły tak spokojnie, jak powinno być. Żeby było jakieś niebezpieczeństwo, jakiś napad… […]

14 lipiec (środa)

Jestem tu już od wczoraj. Tu tzn. w Skórcu, bo tak się nazywa ta sławetna miejscowość. Jest całkiem świetnie. Przed chwilą wróciłyśmy z pierwszego uroczystego ogniska, ale jest tak ciemno, że literalnie nic nie widzę. Jeżeli będę miała czas, to Ci jutro z samego rana wszystko opiszę. […]

P.S. O Boże, jak to cudnie być [harcerką] i czuć, że się nią jest i tak chcieć, chcieć z całej duszy…

Maj

9 sierpień (poniedziałek)

O Boże… minęły trzy tygodnie i obóz się skończył, od piątku jestem w domu, a nie napisałam Ci jeszcze ani słóweczka! Na obozie nie miałam kiedy, bo w dzień tak jakoś schodziło, a wieczorami nie mogłam z powodu braku światła, a tutaj też tak długo nie pisałam, bo… się po prostu odzwyczaiłam.

Och, nie masz pojęcia jak tam było cudnie… nie wyobrażasz sobie, jak mi szalenie odpowiada ten tryb życia, jaki tam prowadziłam. Wielu rzeczy się nauczyłam, wiele przywiozłam tu ze sobą… Nauczyłam się czuć… i postępować prawdziwie po harcersku, nauczyłam się życ w zgodzie z ludźmi, przywiozłam stamtąd siłę wytrwania, moc, sprężystość, pogodę i wesołość. Przyjechałam innym człowiekiem. Zmieniłam się bardzo, bardzo…

Zgłupiały dla mnie i zbladły wszystkie komorowskie grandy, zupełnie mię już nie bawi to ich beznadziejne wygłupianie… Naprawdę, wierz mi. Nie usiłuję z siebie bynajmniej robić wartościowszej, ale gdy jestem tu w Komorowie i przez sekundę chociaż próbuję spojrzeć na te wszystkie bzdury swymi dawnymi oczyma, przypomina mi się jakieś jedno ognisko, jakaś wycieczka, ćwiczenie lub nawet urywek jakiegoś zdania tam w Skórcu przez kogoś powiedzianego, a oni wszyscy stają się natychmiast, automatycznie tacy nieważni, niepotrzebni mi ani trochę… I już nie potrafię się śmiać z ich głupich dowcipów. Przyjemnie wiedzieć, że się wreszcie m cel w życiu… i to nie byle jaki cel. Wiesz, być może wyda Ci się to dziwnym, ale zupełnie nie mogę sobie wyobrazić, jak ja w ogóle mogłam dawniej żyć nie mając przed sobą żadnego celu… Bo przecież nie można chyba nazwać celem tego, „żeby było 100% na moją korzyść”, ani tego, „że właśnie pójdę do ondulacji na złość ojcu”…

Ja się naprawdę zmieniłam… Umiem spojrzeć jasno na każdą sprawę, wiem czego chcę. Te jedyne, niezapomniane chwile… Cokolwiek będzie potem, czymkolwiek będę, jakiekolwiek będzie moje życie, te chwile – wspomnienia z pierwszego obozu będę miała w duszy na zawsze wyryte ognistymi zgłoskami. Będę z nich jak ze skarbu czerpała moc w chwilach słabości, beztroskość i pogodę, gdy opadną mnie troski jak czarne kruki, bo tam się tego po raz pierwszy nauczyłam, po raz pierwszy tak naprawdę z tym spotkałam. […]

6 wrzesień (poniedziałek)

O, Boże… czy jestem godna tego, czy dam sobie radę, czy potrafię być taką jak trzeba… Jakże będę mogła dawać innym dobry przykład i być tą, która prowadzi, skoro sama mam jeszcze tyle, tyle wad. […]

Niby wiedziałam o tym od dawna, ale do ostatniej chwili nie śmiałam nabrać pewności i dziś, gdy Inka powiedziała to wyraźnie , gdy dowiedziałam się na pewno , muszę przyznać, że zrobiło to na mnie duże wrażenie. Boże… ja… ja będę [zastępową], czy to możliwie… Czy ja na to zasłużyłam… I… nie czuję się na siłach… moralnie naturalnie, bo dobrze poprowadzić umieć zorganizować zawsze przecież potrafię. Bo jakże będę mogła mówić im „postępujcie tak a tak, róbcie to a to”, podczas gdy sama postępuję zupełnie inaczej. Chciałabym być taką, żeby mi moje dziewczynki nic, a nic nie mogły zarzucić. […] Myślę i myślę i myślę nad tym i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że jeszcze mi dużo, dużo brakuje do chwili, w której będę mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem [harcerką] w każdym calu […]

Ha… podobno żaden człowiek nie jest ideałem. Ale mnie dzieli od tego całe morze wysiłków, całe morze zmagań się ze sobą, pokonywań swych wad… […] Jak one mogły wybrać na zastępową mnie właśnie… mnie, która należy [do harcerstwa] przecież od lutego zaledwie! Najkrócej z nich wszystkich…

10 wrzesień (poniedziałek)

[…] Będę zastępową Wiewiórek, a Danka [zastępu] nowo utworzonego, ale też z naszej klasy. Czy uważasz, że my trzy, tzn. Hanka, Danka i ja będziemy radą drużyny!!! O Boże! Nie wierzyłam dziś własnym uszom! Idziemy jutro po szkole do Inki i będziemy wiedziały wszystko dokładnie. Jestem przejęta jak diabli!…

Mam ogromnie mało czasu, dużo się uczę. Kochanie, czy wiesz, że już pewno niedługo, bardzo niedługo skończy się wojna… Włochy już skapitulowały… Niemcy giną resztkami sił… Za miesiąc, dwa najwyżej wybuchnie powstanie… W innych państwach już wre.

M.

13 wrzesień (poniedziałek)

Nie mam na nic chwili czasu!

W środę idę pierwszy raz na zbiórkę „moich”. Ciągle mam jakieś sprawy do załatwienia w związku z tym wszystkim, no a poza tym naturalnie lekcje. Życie jest wspaniałe!

Być może niedługo będę mogła składać przyrzeczenie… O Boże, Boże… i być może, że będę miała II stopień. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie miałam tyle tematów do myślenia, co teraz. […]

Och jak ja w ogóle mogłam żyć nie będąc harcerką, nie ma na świcie nic, nic cudniejszego!!!

18 wrzesień (sobota)

[…] Zapytasz zapewne co mi właściwie aż tak zabiera czas. Więc prawie nigdy nie wracam od razu po szkole , bo ma zwykle cała kopę interesów. Mam różne zbiórki, rady drużyny, przesiaduję u Inki godzinami na omawianiu interesów, albo muszę jeździć gdzieś na Mokotów, czy licho wie gzie i załatwiać różne sprawy [konspiracyjne] tak, że przed trzecią prawie nigdy nie wracam (dzisiaj byłam w domu dopiero o czwartej). […]

W środę byłam u „moich” [Wiewiórek], jeszcze nic nie wiem właściwie, ani co mam o nich myśleć, ani czy będę miała z nimi przyjemne życie, bo byłam na razie tylko w charakterze widza, a zbiórkę prowadziła na razie Ala. Ale mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Dochodzę do wniosku, że to bardzo przyjemne tak nie mieć ani chwili czasu. Nie ma się czasu na myślenie o głupstwach, o tym jak się wygląda. Gdy człowiek ma za dużo czasu to powoli głupieje, bo z nudów już nie wie, co robić i o czym myśleć. A tak przynajmniej wiem, że żyję!

26 wrzesień (niedziela)

Była dziś zbiórka drużyny! Już oficjalnie jestem zastępową Wiewiórek! […]

Wiesz, nareszcie dostałyśmy lilijki!!! Strasznie się z tego cieszę! To taki namacalny dowód, że się jest [harcerką]! Można w każdej chwili wziąć do ręki, i zdać sobie z tego jasno sprawę, to tak krzepi. W środę idę już na pierwszą zbiórkę z moimi! […]

29 wrzesień (środa)

Byłam dziś na pierwszej zbiórce z moimi, wszystko poszło dobrze! To wcale nie tak trudno. Będę chodziła na kursy ratownicze. Wspaniale! […]

Jestem zła jak nie wiem co, że nie będę mogła zrobić w tę niedzielę wycieczki z Wiewiórkami, jak to początkowo zamierzałam. Muszę jechać na pierwszą „lekcję” na nowo otwarty przez dh. Antkę kurs dla zastępowych. Cieszę się z tego, ale wolałabym przecież wycieczkę! Ha, trudno, zrobię w przyszłą niedzielę. Ale stanowczo muszę już kończyć, bo i tak mam wyrzuty sumienia, że piszę zamiast się uczyć, a przecież w piątek klasówka z łaciny.

Czuwaj! Kasztan

P.S. Lilijka tak mnie nęci, ze po prostu nie mogę wytrzymać i ciągle noszę! Wyrzec się tej przyjemności, to doprawdy nad moje siły. Wkładam od razu po przyjściu ze szkoły i chodzę z nią, aż do wieczora!

K.

4 październik (poniedziałek)

Tak się jakoś stało, że wszystkie moje plany, co do tej niedzieli rozsypały się w gruzy. Więc najpierw jak wiesz, chciałam zrobić wycieczkę z Wiewiórkami. Gdy ten projekt upadł z powodu zbiórki z Antką, postanowiłam pójść sobie od rana, aż do obiadu na wycieczkę, ale musiałam pomóc ojcu, więc i z tego wyszły nici. Ale opiszę Ci co było po południu… Więc Antka jest cudowna!!! Cudowna, cudowna i jeszcze raz cudowna!!! Och Boże, jakże bym chciała być kiedyś taką nią, […] umieć tak jak ona przemawiać do serc, być taką prostą, szczerą, prawą, jasną w każdym słowie, taką harcerką. 100 – procentową harcerką!!! […] Oprócz nas trzech z szesnastki było ich jeszcze sześć. Dwie z Zielonej Trójki, Baśka (wspaniała! Bardzo ładna i zresztą najbardziej mi się podobała ze wszystkich) i Aga (też bardzo miła, dość spokojna, ładna).

Trzy z Dwudziestej Czwartej (dziewczęta Stefy) Hanka, Jadzia i Zosia (specjalnie nie podobała mi się żadna). Poza tym była jeszcze jakaś Zofia, nie wiem skąd (bardzo ładna i zdaje się, że bardzo miła)

Przyjechałam do domu już po godzinie policyjnej o w pół do dziewiątej. A godzina policyjna jest od pierwszego znowu o 8-ej. Antka poruszała różne kwestie w związku z prowadzeniem zastępu. Znowu opada mię mnóstwo wątpliwości, czy dam sobie radę, czy potrafię poprowadzić zastęp tak, jak gdybym chciała. I ciągle mi się zdaje, że mi się właściwie musi coś nie udać, czy spotkać jakieś niepowodzenie, bo mi się przecież naprawdę za dobrze wiedzie. Za dużo rzeczy mi się udaje, za wiele życzeń się spełnia, wszak to nie może chyba trwać tak długo.

Na przyszłą niedzielę postanowiłam nieodwołalnie zrobić wycieczkę mojego zastępu, tymczasem Łosie pojadą pewno z Hanką na noc do Radości (Stefa nas zaprosiła). Postaram się o tym zapomnieć i cieszyć się swoją niedzielą, jak gdyby poza tym nic przyjemniejszego nie mogło dla mnie istnieć. Bo z wycieczki nie zrezygnuję, to ważniejsze niż tamto. Wycieczka może mi dużo pomóc w pracy z moim zastępem, a tamto byłoby tylko przyjemnością dla mnie. […]

8 październik (piątek)

Czuję, że żyję! Naprawdę żyję!

Przede mną ogrom zajęć! Jeszcze nigdy nie miałam tak dalece zajętego czasu, ale też nigdy nie widziałam przed sobą tak jasno celu w życiu, nigdy nie czułam tej pełni zadowolenia z życia co obecnie! Lekcji dziś nawet nie tknęłam! Tzn. ani matematyki, ani angielskiego (historii mam nadzieję nauczyć się w łóżku). I naprawdę nie przez lenistwo. Tylko nie miałam dosłownie sekundy czasy! Wróciłam do domu dopiero o czwartej, bo musiałam przedtem być u Inki, potem w szkole u Wiewiórek, jeszcze potem u Basi C. Poza tym kupowałam bibułkę.

Całe popołudnie siedziałam i strugałam patyki, a Anka z Żywią lepiły chorągiewki. Zrobiłyśmy 100 sztuk!!! Tzn. 50, bo do drugiej połowy nie zdążyłam zrobić patyczków. Jutro jadę do Warszawy obładowana jak dziki osioł! Biorę walizę z jabłkami dla świetlicy, chlebak z żarciem i jabłkami na drogę (jedziemy po szkole do Konstancina), no i teczkę z książkami jak zwykle.

Zaraz po szkole (nawet zwalniamy się z ostatniej lekcji) pędzimy do tramwaju i jedziemy do Konstancina zdobywać sprawność – pokojówka! Będziemy sprzątały w jakieś ochronce [chodzi o Dom Dziecka prowadzony przez hm. Wiktorię Dewitzową). A potem wszystkie Łosie oprócz Danki i mnie zostaną tam na noc. […]

W niedzielę raniusieńko (o 5:30) idę z Żywią do lasu po kwiaty. Potem przyjeżdżają moje [Wiewiórki] i idziemy na wycieczkę. Wracamy koło piątej i wpadłszy na chwilę do domu i porwawszy kwiaty, chorągiewki i żarcie pędzę na kolejkę (będę nocowała u Hanki prawdopodobnie). A potem „Saper”…!!! Cieszę się! Cieszę się! Cieszę! Szaleję! Żyję! Jestem w swoim żywiole! O Boże, żeby się tylko wszystko udało! Żeby ta małpa – księżyc nie świecił!!! […]

11 październik (poniedziałek)

Wycieczka z Wiewiórkami udała się wspaniale! Nastąpiło ostateczne przełamanie lodów między nami.

Po raz pierwszy uwierzyłam wczoraj, że naprawdę wszystko będzie dobrze, że poprowadzę je tak, jak będę chciała: jak powinnam, że się pokochamy i że można z nimi dobrze żyć. Cieszę się z nich! Było bardzo morowo! Gotowałyśmy zupę, a potem Marta wleciała do rzeczki, więc musiałyśmy rozpalić na ściernisku duże ognisko, żeby wszystko wysuszyć. Było b. miło. I wyobraź sobie, że musiałam poprowadzić śpiew. Ale jakoś nawet wychodziło. Ostatecznie, gdy się chce to wszystko można.

Wstrętny, wstrętny księżyc! Świecił w sam nos i naturalnie nic. Czekamy na ciemniejszy wieczór. Jestem dziś w ogóle zła.

Cz.

Kaszt. 16 październik (sobota)

„Saper” udał się wczoraj wspaniale! Księżyca nie było i wszystko było dobrze. Nie nocowałam Hanki, ale wróciłam do domu ostatnią kolejką.

Prawie wszyscy dziś o tym wiedzą, bo dziś do dziesiątej było jeszcze bez zmiany. Tłumy ludzi przychodziło oglądać. A nam było tak strasznie przyjemnie, że to my, my, właśnie my. Potem niemcy przyszli z aparatem i sfotografowali, przepisali tekst tablicy i dopiero wtedy zdjęli. […]

18 październik (poniedziałek)

Coraz gorzej… Wczoraj znowu tych dwudziestu rozstrzelanych na Piusa [egzekucji polskich więźniów dokonano 17 października 1943 roku na ulicy Piusa, obecnie ulica Piękna, pod murem obok budynku Dyrekcji Telefonów]… Aż krew ciepnie, gdy się o tym wszystkim słyszy… Łapanki, aresztowania…

Przy „Saperze” ustawiono już dziś rusztowanie… […]

21 październik(czwartek)

Łapanki, łapanki, łapanki! Straszne, terrorystycznie jakich jeszcze świat nie widział. Dziś na wszystkich nieomal ulicach Warszawy dosłownie polowania na ludzi! Strzelania wszędzie! I te tegoroczne łapanki, to już nie to co dawniej, kiedy do uwolnienia wystarczała karta pracy, a złapany jechał na roboty do Niemiec. Teraz na dokumenty nie patrzy się wcale! A ci, którzy nie zdołają się w jakiś sposób oswobodzić, mogą być z góry pewni, że nie zobaczą się już nigdy ze swoimi bliskimi. Idą na pewną śmierć. Na zakatowanie w Pawiaku, wytracenie w komorze gazowej lub po prostu rozstrzelanie.

Wczoraj znów rozstrzelano publicznie trzydziestu zakładników za urojone zabicie jakiegoś niemca. To publicznie o czym wszyscy wiedzą, a iluż zabijają co dzień poza naszymi oczami?… Tysiące ofiar…

W 1939 roku jaki wielki był huk w kraju o rozstrzelanie w Wawrze i Aninie [Mowa o straceniu 27 grudnia 1939 roku w osiedlu Wawer pod Warszawą 91 mężczyzn z Wawra i pobliskiego Anina, w odwet za zastrzelenie 2 oficerów niemieckich], głośne na cały świat niemal! A teraz? Teraz takich Wawrów, czy Aninów jest wszędzie na każdym kroku pełno… Na ulicach pustki… Każdy woli nosa nie wytykać z domu. „ – Ach bieda, bieda, bieda wszędzie, kiedy ten koniec będzie!…” śpiewają malcy po tramwajach. „Kiedy ten koniec będzie?” – powtarzają z westchnieniem wszyscy.

Były wczoraj imieniny Inki. Leży w łóżku bo ma żółtaczkę. Byłyśmy u niej z całą bandą. Łosie zrobiły jej album ze „skórzanymi” [z obozu w Skórcu] zdjęciami. Wiewiórki album z rysunkami oddającymi zalety wiewiórek, Dęby 50 wizytówek, ślicznie ozdobionych, z kopertami w ślicznej teczce, a Bobry zrobiły cudną kroikę drużyny!

Cz.

Kaszt.

1 listopad (poniedziałek)

[…] Już mi się zupełnie nie chce opisywać, co się działo. Łapanki ciągle po staremu, ale opuściłam tylko jeden dzień (teraz już się trochę uspokoiło). Zbiórki nie miałam wcale, bo żadna z moich nie przychodziła do szkoły i w ogóle nie mogła wychodzić z domu. Roboty mamy masę, bo zbieramy fanty, robimy łańcuchy na przystrojenie grobów, no i najważniejsze, że zbiórka drużyny jest siódmego! Każdy zastęp musi przygotować rewię w związku z jedenastym [listopada – święto odzyskania niepodległości w 1918 roku]. Urwanie głowy! Ale najważniejszego Ci nie napisałam… Tego, co od soboty bez przerwy nurtuje mój umysł. Tego, co jeszcze do niedawna należało do moich najgorętszych, a zarazem najniedościglejszych marzeń, o czym jeszcze parę miesięcy temu myślałam jako o czymś jeszcze bardzo, bardzo odległym, a co ziści się w niedzielę… Gdy o tym pomyślę przechodzi mię dreszcz. I z radości i z wrażenia i z tego czegoś nieokreślonego, co przytłacza dziwnym jakimś ciężarem, ciężąrem pytania: „czy jestem godną złożyć przyrzeczenie harcerskie?” O Boże już tylko wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota… pięć dni…

Cz.

Kasztan

7 listopad (niedziela)

[…] Ciągle myślę o tej chwili o tej jednej krótkiej chwili… W pokoju panował półmrok… cisza jak makiem zasiał… Przed sobą widziałam stolik przykryty sztandarem, portrecik Piłsudskiego, a u jego stóp kupka ziemi, którą wczoraj przyniosłyśmy z cmentarza wojskowego… Patrzyłam na to trochę nieprzytomnym z wrażenie wzrokiem, serce biło mi jak oszalałe w piersiach…, własny głos słyszałam z jakieś ogromnej oddali, taki dziwny i obcy… Słowa, które wymawiałam, proste, jasne słowa, dochodziły do mej świadomości z taką dziwną jasnością, że aż mię oślepiała i musiałam skupiać cały wysiłek woli, żeby zrozumieć, co mówię. To takie dziwne wszystko razem, prawda? Takie dziwne, że aż chwilami zdaje mi się, że to był sen, urywek marzenia, a nie rzeczywistość. Wracając do domu, co chwila przyciskałam palto na piersiach, żeby poczuć ukłucie kantem krzyża [harcerskiego] i przekonać się, że to było naprawdę, że to prawda, że składałam Przyrzeczenie […]

29 listopad (poniedziałek)

[…] Wiesz, ogromnie się zapaliłam do pracy w świetlicy… To musi być cudnie, gdy się widzi, że te dzieci – nędzarzy, wychowankowie ulicy i rynsztoków – rosną na ludzi… Chciałabym pracować z nimi, pokochać je. Może kiedyś stanie się celem mego życia?… […]

12 grudzień

Już prawdziwa zima. Biało od śniegu i mróz. Kiedy pierwszy raz spadł w nocy śnieg i raniutko wyszłam z domu, ogarnęło mię dziwne uczucie. Stanęłam oczarowana… tak było wszędzie biało… tak ogłuszająco cicho i oślepiająco spokojnie… Drzewa miały białe gałęzie, siatka parkanu wyglądała jak ulepiona ze śniegu… cudnie! I jakoś w tej chwili wydało mi się takim dziwnym i niemożliwym to, że gdzieś biją się ludzie, że gdzieś płynie czyjaś krew, że jest wojna w ogóle i dzieją się tysiące okropnych rzeczy! Wydało mi się to takim jakimś nie do wiary w obliczu tego śnieżnego spokoju i śnieżnej białości… Przyszło mi na myśl, ze takie same śliczne okiście śnieżne pokrywały wszystko co roku i przed wojną… To takie dziwne… gdy był spokój i ludzie byli szczęśliwi i mieliśmy Wolną Polskę, co roku spadał iskrzący śnieg, zaścielał wszystko dokoła i ludzie patrzyli nań zachwyconymi oczyma… a teraz wojna, jest nędza, głód i tortury, a śnieg spada tak samo, skrzy się równie jasno i nic nie stracił ze swego królewskiego przepychu, tylko ludzie pewno mniej na to patrzą, mają co innego na głowie. Tak już przywykliśmy wszyscy do tego, że wojna zmienia nasze życie i wszystko co na otacza, że naprawdę wydaje się czasem dziwnym, ze wiosna, lato, jesień, zima następują po staremu po sobie, że słońce świeci, kwiaty pachną, owoce dojrzewają, że natura nic a nic się nie zmieniła. O to zawsze napełnia serce pewnego rodzaju otuchą. Nie dającą się nawet wytłumaczyć. […]

Być może , a nawet przypuszczalnie na pewno, już za tydzień nie będzie mnie w domu, bo jedziemy na obóz zimowy! […]

31 grudzień (piątek)

„Na obóz jedziemy hop! hop!”

Zaraz wychodzę z domu ze wszystkimi tobołkami. W poiedziałek wracamy.

Cz.

K.

3 styczeń 1944 r.!!!

Na obozie w Pustelniku było bardzo przyjemnie. Jutro już do szkoły. Mam nowe plany, nowe zamiary, wszystko się dobrze układa. Jestem tak dobrej myśli ostatnio, pod wpływem książki o Małkowskim. Swoją drogą z niego był złoty chłop! Będę miała pewno praktykę w szpitalu!!!

Cz.

Kaszt.

15 styczeń (sobota)

[…] Nie, jeszcze nie skończę, mam dużo czasu, więc mogę Ci jeszcze coś napisać. Będzie to wspomnienie z obozu w Pustelniku, zresztą pisane jako artykuł do jednego z naszych pisemek.

„Nareszcie Pustelnik.

Ciągniemy nasze rzeczy i rozglądamy się ciekawie wokoło. Na horyzoncie widać las, wszystko pokryte bielusieńkim śniegiem… Czerwony, murowany domek zapowiada się wcale zachęcająco, ale brudny warsztat tokarski, mający być naszą sypialnią, jadalnią zarazem i kuchnią w jednej osobie, nie budzi naszego zaufania. Brak jakichkolwiek „legowisk” i brak wody (bo studnia zamarzła i ani rusz nie chce ruszyć) wprawia nas w dobry humor. Zabieramy się ostro do pracy. Po słomę trzeba iść do jakiegoś gospodarza, po wodę aż na trzecie podwórko, ale przy dobrych chęciach wszystko się znajdzie. Po paru godzinach nikt by już nie poznał naszego warsztatu. Słoma pod ścianą, przykryta naszymi prześcieradłami i pięknie posłana wygląda nad wyra zachęcająco. Stół obity białym papierem, podłoga czysto zamieciona, palta zawieszone na wieszaku, walizki spiętrzone pod ścianą, a magazyn – królestwo Marysi – starannie ułożony na parapecie okiennym, wygląda bardzo przyjemnie. Gałązki sośniny wesoło odbijają od szarych ścian, a ręczniki zawieszone na sznurku dodają krajobrazowi wiele malowniczości. Patrzymy na nasze dzieło z dumą. Potem służbowe (Baśka i ja)zabierają się do pitraszenia obiadu. Szykujemy wszystko i wychodzimy na spatrolowanie terenu. Wyruszamy dwójkami. Po drodze na pokrytym śniegiem stawie rysujemy wielki znak. Lód pod spodem jest ciemny i świetnie widać. Wracamy syte wrażeń. Jemy obiad. Czas schodzi jak mgnienie. Wieczorem śpiewamy przy ognisku (latarka i gałązki sosnowe) O dziewiątej myć się! Rozbierać! Jesteśmy zawiedzione: „jak to nie będziemy spotykały Nowego roku? Przecież dziś Sylwester” – ale Ina robi tajemniczą minę – coś knuje! Kładziemy się do łóżek, światło gaśnie,. Cisza.

O dwunastej gwizdek! Alarm! W ciągu dwóch minut macie być całkowicie ubrane! Zrywamy się gorączkowo. Za chwilę stajemy w szeregu przed Iną – „Na spotkanie Nowego roku wznosimy okrzyk!!! – Czuj, Czuj, Czuwaj!””

Miłe były pustelnikowe czasy.

30 styczeń (niedziela)

Wiesz, myślę, ze nie będę już pisała pamiętnika więcej. Przede wszystkim naprawdę nie mam na to zupełnie czasu, bo zwykle wieczorami jestem bardzo zajęta, robię lekcje i w ogóle mnóstwo innych rzeczy. A poza tym naprawdę, gdybym chciała pisać wszystko tak jak myślę i to co myślę, to nie wiem co bym musiała z tym brulionem zrobić. A teraz naprawdę z każdym dniem więcej, namiętniej myślę o tym, myślę o chwili, kiedy już wreszcie nadejdzie chwila walki. Przygotowuję się do tej chwili całą duszą. Dużo rzeczy teraz czytam. Tak często chciałabym przepisać lub wkleić jakiś urywek, ale to przecież zupełnie nie możliwe. I tak za dużo jest napisane w tych moich zeszytach. […]

Spełniło się marzenie Mai. Wzięła udział w walce, chociaż pierwszego dnia tej walki nie przeżyła […]

Reklamy

6 myśli nt. „Zwierzenia patronki

  1. Czy to też jest do próby harcerki??????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????

  2. Hej! Moja drużyna też miała ,,Majkę” za patronkę, niestety drużynę rozwiązano, ale pół roku później zaczęłam prowadzić zastęp i obecnie reaktywuję drużynę. Chcę przybliżyć moim dziewczynom postać Majki. Widzę, że macie tu jej pamiętnik, ale skrócony. Może mogłabym dostać cały? Z góry dziękuję.
    To mój adres 🙂 :kinga.279krag@autograf.pl
    Może mogłybyśmy zrobić kiedyś zbiórkę razem. My mieszkamy w Warszawie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s